| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
| O MNIE |
|
| MaryArmy |
20
|
| Jestem jaka jestem, może zła może za dobra...Nie wierzę za bardzo w miłość choć to piękne uczucie. Lubię ostrą muzę choć niekoniecznie taką jak moje bohaterki. Pisanie to moje małe hobby, zaraz po zwariwanych akcjach, horrorach i kłótniach. Chyba tyle... |
|
| Zobacz mój profil |
|
| KTO CO KIEDY ILE... |
Ludki które tu wpadły...
4542
|
Ludki które coś napisały i pomogły mi
346
|
|
Ludki które wpisały się do Wieczystej Czarnej Księgi
8
|
|
Księga Wieczysta Mary Army

wiek: 16 lat Lubi:ciężką muzę,rocka, trochę metal,koty słodycze,szalone akcje, kłótnie, zbuntowanych chłopców, komedie,gotyckie klimaty,piłkę nożną, whisky,odjechane ciuchy motory Harley-Davidson Nienawidzi:sprzątania, porządku,głupich pindzi,eleganckich kolesi ,gadania o miłości spokojnej muzy,rygoru, budy,piwa,fajek Gustuje w:chłopcach kochających inaczej, buntownikach,totalnych świrach i komikach
Mary Cool

wiek:16 lat Lubi:rocka,zakupy, gotyckie klimaty,randki, galaretkę,wysportowanych chłopaków,odjechane ciuchy,szalone akcje, imprezy,likier Nienawidzi:różowych pindzi, fajek,piwa,motorów, natrętnych chłopców, randek w ciemno, sprzątania, kłótni, Gustuje w:zadbanych kolesiach,artystach, zakręconych marzycielach
Dante

17 lat bardzo tajemniczy Mary poznała go w więzieniu psychiatrycznym Gustuje w szalonych dziewczynach i buntownikach Na razie niewiele o nim wiadomo...
Bill

16 lat chłopak Mary Cool gustuje w dziewczynach Jest jednym z trojaczków ma dwóch braci, ma nieco przestarzałe poglądy, ale kocha bardzo MC
Keirll

16lat braciszek Billa Uciekł z poprawczaka, siedział za morderstwo, jest nieobliczalny, ale więcej jest w nim z dziecka jest wrażliwy i nie przejmuje się jutrem, ale niekiedy coś mu odbija
Jack

Przyjechał razem z Johnem, pełnoletni;) nieodparcie seksowny facet...
|
|
|
Daniel i Sylwester
2006-11-26
|
-Co…co się stało?- wydyszała Mary Cool gdy już dogoniła Mary Army. -O! Nie zostałaś?- zdziwiła się MA. -NIE! Co się stało? -Dzwonił Keirll, mówił, że Dante się obudził i że można go odwiedzić. -Acha…To dobrze. Jedziemy autobusem? -Jasne, nie mamy auta. Ale gdy doszły na przystanek, okazało się, że autobus odjechał chwilę temu, a na następny będą musiały czekać ze dwie godziny. -Kur…dę!- Ma wściekła się. -O jenyyy…nie chce mi się tu czekać. -To wracaj na matmę… -W życiu!!! Co teraz? Szkoda, że nie mamy auta. -Hmmm…ale nasz ukoffany pan od matmy ma…i na pewno jak ostatni debil zostawił kluczyki… -Mary nie!!! Nawet nie próbuj! Pójdziemy siedzieć!!! -No dobra, tylko żartowałam…- MA westchnęła, a po chwili przyszedł jej do głowy pomysł. Głupi, bo głupi, ale zawsze to pomysł. Wyszła na ulicę i zaczęła machać. Po chwili zatrzymało się jakieś auto. -Ha! Mary Cool chodź! -Nie! Nie ma mowy!!! Nie wsiądę do jakiegoś obcego faceta!!! Nie i już!!! -Hej! Dlaczego nie wsiadacie?- z auta wyjrzał John. -John? Co ty tu robisz?!- MA bardzo się zdziwiła. -Co za miłe powitanie… -No sory…ale nas zaskoczyłeś… -Wsiadajcie to wam powiem. -No więc?- spytała MA gdy siedziały już wygodnie w aucie. -No więc, wróciłem żeby dokończyć to co zacząłem. No i… -Zaraz zaraz! Może się wreszcie dowiem, o co do cholery chodzi z całą tą chatą i jakie macie tajemnice! -A Jack…nic ci nie powiedział? -Nie… -Acha…- John ucieszył się, ale próbował to ukryć. -Nie powiedział mi…ale miał zamiar, ale zadzwoniła jakaś eee…babka i musiał wracać. -Skurwysyn jeden!- John się wkurzył i o mało, co nie wjechał w auto jadące przed nimi, wyhamował, ale jednak zderzak lekko musnął tablicę rejestracyjną. Kierowca czerwonego poloneza zarobił głośno. John odsunął szybę i pokazał mu środkowy polec. -Jak jeździsz?- kierowca poloneza też odsunął szybę. -Pierdol się!!! -John…dokończ. -Pierdolony sukinsyn…Jebus…ja mu nogi z dupy powyrywam! MA i MC domyśliły się, że nie chodzi mu raczej o kierowcę poloneza. -Mam prośbę! Wytłumacz nam to!!! -Co? MA westchnęła, dojechali już do szpitala. -Wytłumaczę wam to dziś wieczorem…może u was? -Ok. Cześć! MA i MC wysiadły i poszły do szpitala. Poszły tam gdzie leżał Dante, ale sala była pusta. Nieco zaniepokojone poszły do Keirlla, leżał na łóżku i coś czytał. -Cześć! Gdzie jest Dante? -Mary?- spod prześcieradła na sąsiednim łóżku wyjrzała głowa Dantego. -Dante! Miśku! Co ty robisz!?- MA podeszła do łóżka i dała mu głośnego całusa. -Ciii…Jeszcze nas usłyszy…- Dante był przestraszony. Keirll odłożył gazetę (MC zauważyła tytuł artykułu: „Jak ją zniechęcić”). -Hmmm…Keirll co ty czytasz? -Gazetę! -Acha… -Dante! Pomieszało ci się czy co?- MA była zaniepokojona. -Ciii!!! -Och! Dante nie wstydź się! Powiedz Mary o twojej…blondwłosej nowej dupie…jak ona się tam nazywała? Jola?- zadrwił Keirll. -Joanna.- warknął Dante. -Dante! Chyba musisz mi coś wyjaśnić! -Och, ja to wyjaśnię! Dante leżał sobie spokojnie na łóżku w izolatce- zaczął Keirll. -Nie w izolatce, tylko w pojedynczej sali!- przewał mu Dante. -No w sali, niech będzie, leżał spokojnie, dopóki się wczoraj nie obudził -Wczoraj?! Dlaczego nie zadzwoniłeś?! -Bo było już późno i nie wiedziałem czy nie śpicie… -Kretyn…mów dalej! -No i go odwiedziłem, nie miał wesołej miny, opowiedział mi wszystko…- Keirll przerwał i zaczął się śmiać. -No co?!- MA była bliska płaczu. -Ta Joasia jest jakaś walnięta…to nowa pielęgniarka. Powiedziała innym pielęgniarkom, że ona się będzie opiekować Danoninkiem i…się opiekowała…aż za bardzo. Sprawdzała czy rany się goją i czy prawidłowo oddycha…i nie tylko…hihihi! MA zatkało. -No więc załadowałem go na wózek i przewiozłem tutaj, na szczęście te wszystkie rurki dało się przenieść… -To okropnie…śmieszne!- krzyknęła MC i zaczęła się śmiać razem z Keirllem. -To nie jest śmieszne…ale Dante, ja mam nadzieję, że ty…nie… -Gdyby mi się to podobało to nie leżałbym tu, z tym dupkiem! MA westchnęła. Nagle Dante zaklął i schował głowę pod prześcieradło. Do sali weszła wysoka blondyna z ogromnymi tipsami i ustami różowymi jak na reklamie. MC pomyślała, że kobitka ma czym oddychać, ciekawiło ją też gdzie znalazła taki rozmiar stanika. „Pewnie ma dwa szyte ze sobą”- pomyślała i bardzo ją to rozbawiło. -Widzieliście może gdzieś prosiaczka Dantego? Szukam go i szukam i nie wiem gdzie jest. MA o mało co nie trafił szlag. Podeszła do pielęgniarki. -ON JEST MÓJ. ODWAL SIĘ DO CHOLERY OD NIEGO!!! -Co? Nie będziesz mi mówić, co mam robić, to jest pacjent i muszę go zbadać! -Zbadać czy… -Mary przestań.- wtrąciła się MC. -Nie! Odwal się głupia babo!!! Nie jesteś lekarzem i…- zabrakło jej słów. Blondynę też zatkało, więc wyszła mrucząc pod nosem jakieś niezbyt pochlebne słowa. -Nie musiałaś się tak drzeć…- Dante wystawił głowę. -Musiałam. Rozmowa zeszła na dom i Johna, o Jacku nikt nie wspomniał, jakby się umówili. Dzień zleciał im bardzo szybko, MA i MC musiały się zbierać. Wróciły autobusem, w domu światła były pozaświecane, weszły cicho. W salonie Jack rozmawiał z Johnem. -Nie Jack. -Dlaczego?! Już się zgodziła…mam to w dupie! -Nie. Powiedziałem! To może zaszkodzić…nam i sprawie. -Wali mi to!!! I powiem ci coś jeszcze!... O! Mary! Cześć… -Cześć Jack, cześć John… o co się kłócicie? -Takie tam… -Acha. Czekam na wyjaśnienia. John nie wymigasz się. Obiecałeś.- powiedziała MA i razem z MC usiadły na kanapie. John westchnął. Jack wyszedł do kuchni, po chwili wrócił ze szklanką, wyciągnął ze swojej torby whisky i nalał. -Tobie nie dam John, dobrze wiesz dlaczego.- powiedział z diabelskim uśmieszkiem. -Zwisa mi to. -Dlaczego?- spytała MC. -O Jezu…czy wy musicie wszystko wiedzieć? -Tak. -Zacznę od początku, koniec gadania o whiskey. Ta bajeczka, którą czytaliście kiedyś -Jaka bajeczka?- spytała MA. -Ty tego nie pamiętasz. Ani Dante, nie chcieliście wtedy słuchać, poszliście na górę. -Dobra dobra. Bo to było głupie… -…a wy mieliście ochotę.- dokończyła MC. Jack zakrztusił się whisky, John walną go w plecy. Przestał się krztusić. -Kurwa, nie musiałeś tak mocno, to bolało. -Serio? No dobra, bo nigdy nie skończę. Mamy do zrobienia pewną sprawę. Nie będę ukrywał tego, bo prędzej czy później się tego dowiecie, a wolę żebyście to usłyszały ode mnie niż od Jacka. -Głupek! -Głupek nie głupek, to ważna sprawa, nie możemy jej zepsuć. Kilka lat temu powstała Organizacja, która broniła prawa zwierząt. Jej szefem, jeśli można się tak wyrazić, był taki sobie facet. Nie był ważny, ale jego brat był jak to się mówi szychą. Miał w ręku wielu wpływowych ludzi, no wiecie, taki zły charakter jak w filmach. A, że był szefem firmy kosmetycznej, która robiła testy na zwierzętach, to nie było mu w smak, że jego własny braciszek zmniejsza mu zyski, zabierając zwierzęta. Jak Daniel zabrał -Jaki Daniel? Skąd wiesz jak się nazywał?- spytał Jack. -A co ty nie wiesz? Ja się dowiedziałem. Też trzeba było poszperać w papierach. -Dobra, gadaj dalej. -Zapomniałem, co mówiłem…acha! Daniel zabierał zwierzęta, nie mieli, na czym testować kosmetyków, produkowali, więc te stare, nic nowego, więc zyski malały. Próbował różnych sposobów, ale tym razem Daniel zbyt dobrze się, pozabezpieczał, no wiecie, ochrona, nadzór policji, kamery i wszystko, co mogło powstrzymać jego złego brata. No i ten brat… -Jak się nazywał „ten brat”?- spytał Jack. -Sylwester. -Widzę, że jesteś bardzo dobrze poinformowany…No nic. Mów dalej. John zmieszał się, wyglądało na to, że wie więcej niż powinien… -Sylwestrowi wpadło wreszcie coś do głowy. Był to okropny pomysł, koszmar. Postanowił…najął ludzi, zapłacił im sporo…nie byle za co…mieli zabić jego brata… Drzwi otworzyły się z hukiem. MA krzyknęła, a MC zamknęła oczy. Ale to był tylko Bill. -Jest tu Brad? -Brad?- zdziwił się Jack. -Tak Brad, mój brat… -Dlaczego akurat tu? -Nie wiem…ale szukałem go już wszędzie…Mamusia powiedziała, że w domu był ostatni kilka dni temu, myślała, że może śpi u kolegi, on zawsze był nieodpowiedzialny…ale nigdzie go nie ma, Lilka nie wie nic…nikt nic nie wie…boję się o niego. Jest debilem, ale to mój brat…boję się, że coś mu się stało…znalazłem w jego pokoju…takie tam…naprawdę się boję... |
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
17
|
|
Matematyka...
2006-11-17
|
Było dokładnie dzesięć minut po ósmej, gdy Mary Cool zamykała drzwi jedną ręką, a druga podtrzymywała nie do końca obudzoną Mary Army. -Kurde! Stań normalnie, bo nie zamknę tych cholernych drzwi! -Uhmmm… -No! Idziemy! -Ale obiecałaś, że…mmm…że odwiedzimy Dantego… -Po szkole. Musimy się tam pokazać, bo jeszcze nas wywalą i tyle! -Ze szpitala? -Ze szkoły głupku! -Acha…no dobra, ale tylko na pierwszej, drugiej lekcji…i idziemy do Dantego. -Tjaaa… MC chwyciła silniej MA i poszły na przystanek. Gdy po kwadransie przyjechał autobus, MC ściągnęła MA z ławki i wepchnęła do niego. Dojechały akurat w środku lekcji, na biologię dokładnie. Na szczęście pani udała, że tego nie widzi, ale w duchu obiecała sobie, że porządnie z nimi porozmawia po lekcjach. Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę i pani wyszła MA zasypano pytaniami. Nie odpowiadała, bo właśnie spała na ławce. Zaczęto, więc pytać MC. Odpowiadała wymijająco, ale klasa i tak dowiedziała się o Dantym. -Mary?- ktoś stanął w drzwiach. -Bill? -Hej! Nareszcie cię znalazłem! Szkoda, że nie chodzimy razem do klasy, gdzie byłaś? MC westchnęła i wyszła razem z Billem. Klasa rozeszła się. Gdy zadzwonił dzwonek na lekcję wszyscy siedzieli już na miejscach, gościa od matmy bali się panicznie. Nie przebierał w środkach, pała była najłagodniejszą karą. Minutę później był już w klasie. -Siadajcie. Wszyscy są? Zapiszcie temat… MC trąciła MA, która nadal spała. -O! Widzę, że ktoś się nie wyspał tej nocy…Mary! Tak ty! -Słucham? -Słucham…co robiłaś w nocy? I dlaczego jesteś niewyspana? -Spałam… -Taaak…A ja jestem królem Rosji. -Rosja nie ma króla, tylko…-wyrwało się Patrycji. -Cisza! Nie pytałem o nic! Tak, więc Mary podejdź do tablicy i rozwiąż zadanie. -O Boże… -Natychmiast! MA podeszła posłusznie, matematyk usiadł i otworzył książkę. Podyktował zadanie. MA wzięła kredę i usiłowała sobie przypomnieć jak robiło się takie zadanie. -Co za… przecież to proste zadanie. Siadaj, pała…na razie. I zapamiętaj, że w nocy się śpi, a nie zaspakaja potrzeby pana Jacka… MA, która ziewając wracała do ławki, odwróciła się gwałtownie i strąciła różowy piórnik Patrycji, na co ona zareagowała sykiem i cichym „kuźwa”. -Co pan chciał przez to powiedzieć? -Nie wyraziłem się jasno? Czy może mam powiedzieć to bardziej dosłownie? -Nie. Zrozumiałam, ale niby, do czego ta sugestia? -To nie była sugestia. To było dosadne stwierdzenia. A może zaprzeczysz, że nigdy nie widziałaś pana Jacka nago? Z opresji wybawił ją, jej dzwoniący telefon, wybawił z jednej, a wpakował w drugą. Telefony były zakazane w jej szkole. Matematyk wstał i wyciągnął rękę, aby zabrać telefon. MA rzuciła okiem na wyświetlacz. Pamiętała ten numer, z niego dzwonił Keirll. Nie miała pojęcia co zrobić. Nie mogła odebrać, ale nie mogła przecież nie odebrać…Nacisnęła odbierz. -Szybko! Matematyka zatkało. MA trzymała chwilę telefon przy uchu, wydała kilka dźwięków, po czym rozłączyła się. -Bardzo pana przepraszam, ale to bardzo ważne. Jak wrócę, to będzie pan mógł złoić mi tyłek i porozmawiamy o Jacku, ale teraz niestety…do widzenia!- rzuciła MA, złapała torbę i wybiegła z klasy. MC po chwili zastanowienia zrobiła to samo. Otępiały matematyk wziął do tablicy Patrycję, przysięgając zemstę za tę zniewagę.
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
7
|
|
2006-11-08
|
Na dworze zrobiło się ciemno, a Mary Army i Mary Cool nadal siedziały na ławce w szpitalu. Dopiero wieczorem dowiedziały się, że Dante został przewieziony na salę i że na razie pod żadnym pozorem nie można go odwiedzać, co MA oczywiście miała tam gdzie słońce nie dochodzi. Na paluszkach weszły do małego pokoiku, MC rozglądała się przestraszona. Wokół Dantego było pełno rurek, kabelków i dziwnych urządzeń, co powstrzymywało je przed podejściem bliżej. Stały chwilę w ciszy, dopóki nie przyszła pielęgniarka, która z sykiem wypędziła je z sali. -I co teraz? Nie będziemy tu siedzieć… -Ja będę- zaprotestowała MA. -To nie ma sensu, nie wpuszczą cię. Dziś wszyscy się dopytywali gdzie jesteś…opuszczasz budę, kiedy ostatnio jadłaś coś porządnego? -Zwisa mi to i powiewa. -Do jasnej cholery zaraz cię kopnę!!! Nie wkurzaj mnie! Jedziemy do domu, jutro tu przyjdziemy. Obiecuję. Mary! Słyszysz mnie? MA drgnęła, chyba na chwilę przysnęła… -No widzisz, ty już zasypiasz na stojąco, idziemy. MA nie protestowała zbytnio, gdy Mary Cool wlokła ją na wpół śpiącą do windy, a potem na dół. Miały szczęście, bo autobus właśnie przyjechał na przystanek. Jechały na gapę i MC miała cykora, bo nigdy jej się to nie zdarzało. Co do MA to było jej wszystko jedno. Gdy dojechały na miejsce poszły do domu. Mary Army położyła się w ubraniu i natychmiast zasnęła, MC zdjęła jej buty i okryła, potem sama położyła się spać.
Jack siedział w pokoju hotelowym i myślał. Nie chciał zostawać w domu MA, bo bał się o nią, nie miał pojęcia, kim był tajemniczy mężczyzna. Zadzwonił do kilku osób, ale nie dowiedział się niczego ważnego. Koło północy zadzwonił do niego John. -Czego?!- warknął Jack. -Dzwonię żeby dowiedzieć się gdzie jesteś, zrobiłem dużo dobrej roboty, gdy ty zabawiałeś się z tymi pindziami. -Stul się i gadaj o co chodzi!!! -Pamiętasz jak rozmawialiśmy zanim wyjechałem z chłopakami? Powiedziałem ci wtedy, że masz dowiedzieć się jak najwięcej, nie zdradzając wiele i pozyskiwać zaufanie tych, którzy mogą nam pomóc. -Ale… -Ale jak się dowiaduję ty nie zrobiłeś absolutnie nic. Jeżeli tak dalej pójdzie to nie wiem czy nasza współpraca ma jakiś sens… -Posłuchaj mnie! Wiem, o co chodzi w sprawie, ale to mi nie wystarcza! Chcę wiedzieć, co robisz i chcę znać wszystkie twoje kroki, informuj mnie z łaski twojej o wszystkim! -Może masz rację, spróbuję…Ale nie zapominaj o sprawie słodkiej Julii… -Czy będziesz mi to wypominał do końca życia?! -TAK. Zachowałeś się jak małolat! Jak bezmózgi playboy, skończony… -Tylko bez takich! -Wkurza mnie to do dziś…Czy musiałeś iść z nią wtedy do łóżka? Miałem przesrane! -Zamknij się już! Ja zapomniałem o tym, teraz mamy coś innego do roboty, więc przystopuj! Zostaję. Co dalej? -To sobie zostawaj! Ja przyjadę jutro…może…gdzie teraz jesteś? Jeśli w… -W hotelu, naprzeciwko tej włoskiej restauracji. -Gdzie? -No…Spotkajmy się w… -A nie możesz przyjechać do tego domu? -Mogę- westchnął Jack. -To do zobaczenia. -Cześć.- Jack odłożył telefon. Przyłożył dłonie do twarzy, westchnął, potem popatrzył na zegarek. Poszedł do łazienki i odkręcił kran, nalał dużo wody do wanny, powoli się rozebrał. Popatrzył w lustro, rozciągnął usta w sztucznym uśmiechu, zrobił kilka min, przyglądając się uważnie swojej twarzy. Przejechał dłonią po podbródku, potem skierował wzrok na mały tatuaż, ledwo widoczny na wewnętrznej stronie uda. Westchnął i wszedł do ciepłej wody. W pokoju tymczasem zaczął dzwonić telefon, Jack nie słyszał tego, telefon dzwonił i dzwonił, w końcu komuś znudziło się słuchanie jednostajnego sygnału i telefon umilkł…
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
9
|
|
Telefon...
2006-11-05
|
Mary Cool wpadła do niegdyś wspólnego, niczyjego, teraz już tylko Mary Army domu. Dobrze, że autobus jechał, nie musiała łapać stopa. Nie zdejmowała butów, tylko pobiegła na piętro potem na drugie, przeszukała cały dom, ale nie znalazła MA. Dopiero do jakimś czasie zauważyła kartkę leżącą na stoliku. -Jestem w szpitalu. U Dantego i Keirlla. Nie czekaj.- przeczytała i zbladła. Wybiegła z domu trzaskając drzwiami, pobiegła do taty Kacpra, który siedział przed telewizorem z miską ciastek na kolanach i dłubał w nosie. Zgodził się ją podwieźć, po drodze opowiedział jej to czego dowiedział się od MA, czyli niewiele. Po niecałej godzinie, MC wydawało się że po wiekach, przyjechali. -Niech pan na mnie nie czeka!- rzuciła i pobiegła, brzuch ją już bolał z tego biegania, ale nie mogła zwlekać. Wpadła do szpitala i nie pytając się zaczęła przeszukiwać wszystkie sale, co budziło sprzeciw ich lokatorów. W końcu zdyszana, zauważyła MA siedzącą na ławce. Gdy MA podniosła głowę MC aż się cofnęła z przerażenia. Mary Army miała podpuchnięte oczy, aż zaczerwienione, chyba płakała, usta były czerwone, a dłonie drżały. Podbiegła do niej i objęła. -Mieli wypadek…Keirllowi nic nie jest…a Dante…nie wiem, co z nim. Keirll mi wszystko opowiedział…Oni…Mary Cool oni ćpali!!!- wykrzyknęła MA z rozpaczą. -Cicho…cicho…uspokój się. Może… MA zerwała się, podbiegła do idącej pielęgniarki. -Co z nim? Proszę mi powiedzieć! Pielęgniarka nie odpowiedziała, zabrała coś z szafki i odeszła szybko. Wróciła na salę operacyjną…MA rozpłakała się i osunęła się na podłogę, MC podbiegła i próbowała pomóc jej wstać, ale nie udało się. Więc tylko znowu ją objęła i też zaczęła płakać.
Jack z uśmiechem wszedł do domu. -Mary!!! MA! Gdzie jesteś?! Obszedł cały dom, ale nikogo nie znalazł. Potem przypomniał sobie, że przecież MA jest w szkole o tej porze. Poszedł do salonu, zauważył kasetę. Zaciekawiony włożył ją i włączył. Zareagował podobnie jak MA, zabrakło mu tchu gdy ujrzał samego siebie. Był blady, a jego ręce trzęsły się gdy odbierał dzwoniący telefon. -Ha-hal…słucham? Usłyszał piskliwy głos, który należał pewnie do mężczyzny: -Nareszcie cię znalazłem…o tak…Mógłbym cię zabić wiesz? Ale nie zrobię tego. Jesteś moim alibi. Jesteś mną, a ja tobą. Ha ha ha! Czy to nie zabawne?! -Czego chcesz?! Kim jesteś skurwielu?!?!- krzyknął Jack. Głos nie był już rozbawiony, był wściekły, syknął: -Chcę tego co moje! Oddaj mi to…albo sam to wezmę…Do…do wiedzenia.- i rozłączył się. Jack miał mętlik w głowie. Poszedł do kuchni, zamoczył głowę pod kranem i zaczął się zastanawiać co ma teraz zrobić???...
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
3
|
|
2006-11-04
|
Akcja jest nieco spóźniona… U Nich na razie jest jeszcze wrzesień, więc nie zdziwcie się jak coś będzie dziwnego;) Dzięki za komcie i odwiedzinki!!! Jesteście koffani i macie normalnie anielską cierpliwość he he.
Keirll podniósł głowę i chciał wstać, ale ból prawej nogi zmusił go do pozostania na nieco już zżółkniałej, niegdyś białej pościeli. Porozglądał się wokoło, usiłując sobie przypomnieć, co on tu robi. Gdy zobaczył kroplówkę, której koniec tkwił w jego żyle wspomnienia z wczorajszego dnia powróciły. Przypomniał sobie samochód, ten dym, Dantego, jakąś laskę i drzewo, któro zbliżało się w przerażającym tempie i w końcu czarną dziurę… Dante… Keirll znowu próbował wstać, w ust wydarł się okrzyk bólu, zacisnął zęby i postawił lewą nogę na podłodze… -Co ty wyrabiasz?!- kobieta w białym kitlu podbiegła do niego i zmusiła do położenia się. -Ale ja muszę… -Nie. -Co z Danim? Ja muszę wiedzieć! Nic mu nie jest? -Obawiam się, że…masz leżeć i tyle! Nie martw się, pan doktor robi co może… Keirll zakrył oczy dłońmi. Pielęgniarka popatrzył na niego i wyszła, w drzwiach obróciła się jeszcze. -Jej nic nie jest…Miała dużo szczęścia. Kerll nie odpowiedział. -Do diabła z nią…muszę zadzwonić do Mary…- powiedział sam do siebie. Obok przechodził jakaś dziewczyna, zawołał ją i poprosił żeby mu pomogła. Niestety telefon nie działał, nawet gdyby to Keirll i tak nie miał karty, dziewczynie zrobiło się go żal, więc pożyczyła mu swój. Na szczęście pamiętał, miał pamięć do numerów. Wystukał i czekał. Czekał. Jeden sygnał…drugi sygnał. „Odbierz do jasnej cholery!”. Dopiero przy piątym usłyszał ciche „tak?”. -Mary…to ja Keirll…nie mogę długo rozmawiać bo to nie mój telefon, ale…- nagle Keirll zdał sobie sprawę z tego, że nie ma pojęcia jak powiedzieć o tym Mary. -No co? -Jesteśmy…w szpitalu, ja. I Dante… -NIE! Co się stało? Mów wszystko! Albo nie! Gdzie jesteście? -Mary nie to nie ma sensu. -Cześć.- i Mary się rozłączyła. -Cześć. Keirll oddał komórkę i podziękował, potem westchnął. Nie wiedział co ma zrobić, i co ma powiedzieć Mary…Na szczęście okno miał tuż nad łóżkiem, podniósł się na rękach i patrzył. Nie minęło dużo czasu, gdy ujrzał Mary, szybko przyjechała… -Jack…- szepnął ze złością. Ale nie miał racji, MA podwiózł ojciec ich sąsiada Kacpra. Keirll odetchnął. Potem usiadł i czekał na nią wyłamując sobie ze zdenerwowania palce. Wpadła do pokoju, nie pytał skąd wie, że to tu. -Co się stało? Wiesz która godzina? -Nie. -Jest 7 rano!!! Co ty tu robisz? -7 rano? -Tak!!! A ja powinnam być w budzie! Ale…co ja pieprzę… Co się stało? Keirll westchnął i zaczął powoli opowiadać wydarzenia wczorajszego dnia nie patrząc jej w oczy…
Mary Cool wpadła do klasy tuż po dzwonku. Nauczyciel, pan Kibic już był. Przeprosiła i usiadła, rozglądając się. Nie było Mary Army. -Hej!- dobiegł ją cichy szept. -Co? -Gdzie Mary Army?- spytał Bartek, przewodniczący, bardzo wścibski, musiał wszytsko wiedzieć. -Nie wiem! -Przecież mieszkasz z nią w jednym, domu! -Ale wczoraj spałam…- przerwała. –…u siebie, u rodziców- dokończyła niezbyt przekonująco i obiecała sobie, że na najbliższej przerwie wyskoczy dowiedzieć się tego, chyba zdąży na autobus… Nie spała u rodziców, tylko… na karuzeli, bo po kolacji i wesołym miasteczku byli tak zmęczeni, że zasnęli razem z Billem. Na szczęście nie wygonili ich, wcześnie rano obudził ich chłód, więc Mary zdążyła jeszcze wpaść do domu i zabrać kupione przez rodziców książki i nowy, ohydny plecak. Teraz siedziała w budzie i zastanawiała się, gdzie do jasnej cholery podziała się Mary Army???...
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
3
|
|
2006-10-27
|
Nie zajechali daleko, gdy zadzwonił telefon Jacka. Odebrał. -Halo? Tak. Nie. Naprawdę nie mogę! Nie! Bo nie! Do zobaczenia. Wyłączył telefon i rzucił ze złością na tylne siedzenie. -Nic nie mów. Odwieź mnie do domu.- odezwała się Mary Army. -Ale…przepraszam to ważne. -Może uda się następnym razem. W ciszy wrócili do domu, Mary wysiadła, A Jack pojechał gdzieś bez słowa. Mary poszła do domu, zamknęła starannie drzwi i usiadła na sofie. Usłyszała jakieś kroki na górze, myśląc, że to może Mary Cool i Bill poszła tam. Przeszukała całe piętro, ale nikogo nie zauważyła. Uznała, że się przesłyszała i położyła się na łóżku w sypialni. Po chwili poczuła pod plecami coś twardego i kanciastego. Zerwała się, okazało się, że to tylko kaseta. Wzięła ją do ręki, nie była podpisana, wyglądała na używaną. Zeszła na dół i włączyła ją. Na początku ekran był czarny, po kilku minutach sięgnęła po pilota żeby wyłączyć, ale wtedy na środku pojawiła się biała kropka. Kropka zaczęła się powiększać, w końcu ekran zrobił się biały. Pojawiły się jakieś napisy, niby angielskie, ale Mary nie rozumiała ani słowa, wyglądało to jak pomieszany angielski ze francuskim i nieco jakiś chińskich znaków… -Co jest do cholery… Obraz był nieco zamazany, ale zaczęła zauważać jakiś ludzi…Jednego z nich znała, tylko skąd? Nagle obraz przestał być spokojny, pojawili się ubrani na czarno ludzie. Mieli noże, takie powyginane, postrzępione…wbili je wszystkie w tego człowieka, potem w resztę ludzi ubranych nie na czarno. Krew lała się wszędzie. Mary przestała podejrzewać, że to kaseta Jacka, że to horror. To było dziwnie realistyczne. Jakby nakręcał jakiś przypadkowy człowiek. Dziwne to było. Chciała to wyłączyć, ale musiała się dowiedzieć, o co tu chodzi. Jeden z ludzi ubranych na czarno ściągnął maskę i uniósł kciuk a potem pokazał dwa palce na znak zwycięstwa. Mary mogłaby przysiąść, że jego też skądś zna. Tylko skąd? Obraz zrobił się bardziej wyraźny. Czarni ludzie pojawili się znowu, tym razem mordowali zwierzęta. Mary rozpłakała się. Jako jedna ze stowarzyszenia protestującego przeciwko mordowaniu zwierząt, wiedziała, że to jakiś dokumentujący film. Przeraziła się. Przewinęła, znowu pojawili się ludzie w czarnych maskach. Tym razem jeden z nich również ściągnął maskę. Mary zabrakło powietrza, spadła z sofy, zaczerpnęła powietrza tak gwałtownie, że aż zaczęła się dławić. Powód był prosty. Ten ostatni który ściągnął maskę był jej znany… bardzo dobrze znany. Można nawet powiedzieć, że poznali się tak, blisko, że bliżej już chyba nie można, w końcu byli razem pod prysznicem… Mary nie mogła w to uwierzyć… To był Jack…
Kilkadziesiąt kilometrów od niej, do szpitala przywieziono ofiary wypadku. -Co z nimi doktorze? -Jeden jest tylko zdrowo potłuczony, z drugim gorzej… -Doktorze…oni…oni chyba ćpali… -O kuźwa! To komplikuje sprawę… Niech siostra idzie…albo nie… -Muszę iść, zawołam… Rozeszli się nie dokańczając zdań, każdy w swoją stronę, śpiesząc się i myśląc, ’co zrobić’?......
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
8
|
|
Obiady, kolacje...
2006-10-18
|
Jack przyniósł „Przeminęło z wiatrem”. -O nieee! Nie będę tego oglądać! Nie lubię romansów!- zaprotestowała głośno Mary Army. -To nie jest to. Mam głupi zwyczaj wkładania kaset do nie tego pudełka co trzeba, ale pamiętam co jest gdzie. Oglądałaś „Mrok”? -Chyba nie… -To pooglądamy. Dziwne, że nie oglądałaś, to dość stare…ale to nic. Jack włożył kasetę, włączył ją i spokojnie usiadł koło Mary na sofie. Film się zaczął, na początku były reklamy oczywiście. -Gdzie pilot?- spytał Jack. -Eeee chyba w kuchni. -Co za ludzie… Jack poszedł do kuchni, poślizgnął się na skórce pomarańczy, ale znalazł pilot. Nagle dobiegł go głos Mary: -Jack! -Tak? -Mrok to horror? Czy pornos? -Horror! Co ty gadasz?! Mary nie odezwała się. Jack wszedł do pokoju. Mary siedziała i z dziwną miną parzyła w telewizor. Powodem zdziwienia był obraz zabawiającej się w łóżku pary. -Dziwny ten horror… -Bo to nie horror tylko zwykły pornos…musiałem pomylić kasety. Podszedł i wyjął kasetę. Popatrzył się na nią dziwnie, otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale do pokoju wpadła Mary Cool i Bill. -Cześć!- krzyknęła zadowolona MC. -Cześć.- odpowiedziała zdziwiona MA. -Kto do jasnej cholery narobił tu takiego bałaganu?!- zawołała MC zaglądając do kuchni. -My z Jackiem. Chcieliśmy ugotować obiad, ale nie wyszło… -Acha, to my z Billem zjemy coś na mieście. -Co?- zdziwiła się MA. -Bill zaprosił mnie na obiad…Nie spodziewajcie się nas przed północą! -Ale Mary jutro idziemy do szkoły! -No wiem…jakoś się wyrobię. Wyszli chichocząc i trzymając się za ręce. MA wzruszyła ramionami. Jack usiadł koło niej. -Mary poszła, Bill poszedł, Dante poszedł, Keirll też…a ja?- zamarudziła MA. -No dobra nic więcej nie mów, jedziemy…na kolację. Rusz dupę! -Co?! Jack pogięło cię? Kolację? -No dobra, zobaczy się…A po drodze, jeśli chcesz opowiem ci prawdziwą historię tego domu, lasu i tak dalej jeśli chcesz. -Jasne, że chcę! Jedziemy! Wyszli zamykając niezbyt starannie drzwi…
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
7
|
|
Bukiet róż.
2006-10-13
|
Przepraszam Was bardzo za długą nieobecność i dziękuję za te wszystkie komcie. Obiecuję, że nadrobię wszystko. Zabieram się do pracy! Buziaki dla Was!!!
Mary Cool podniosła powoli głowę, przestała szlochać. Nad nią stała wysoka, blada kobieta z białymi jak śnieg włosami. -Co,…kim ty jesteś? Co…co tu robisz? -Ciii…Nie martw się,…dlaczego płaczesz? -Bo…nieważne! Już nigdy mu nie zaufam! Kobieta pogłaskała ją po policzku i usiadła na skraju łóżka. -Czytałaś Kopciuszka? Tam, gdy Kopciuszek mówi nigdy, zjawia się dobra wróżka i mówi „Nigdy nie mów nigdy…” -A, co to ma do rzeczy?! Kobieta nie odpowiedziała. MC popatrzyła na jej twarz, popatrzyła jej w oczy. Ta kobieta też miała jakąś tajemnicę…Może, jeśli MC zdradzi jej swoją… -Dobrze. Bill mój…mój były chłopak mnie okłamał. To znaczy nie powiedział mi prawdy. -To, że nie powiedział prawdy nie znaczy, że kłamał… -Ale…ufałam mu. A dowiedziałam się, że on ma dziecko, śpi z wieloma dziewczynami a ja…jestem tylko zabawką…Że mnie nie kocha, że…- MC przerwała by zaczerpnąć powietrza. -Biedactwo…Ale popatrz na to z innej strony. Skąd to wiesz? Może od jakiejś zazdrosnej jego dziewczyny, może ona jest zła o to, że Bill bardzo cię lubi i jesteście razem…Nie dałaś mu nic wyjaśnić. On nie wie o co ci chodzi. Porozmawiaj z nim, może nie jest tak jak myślisz…Porozmawiaj zanim…jeszcze nie jest za późno…Nie popełniaj błędu…Nie wiesz czy ktoś nie zniszczy was…jego, więc lepiej ciesz się tym, że jesteście nadal razem i… Zatrzeszczały schody, ktoś szedł… -Pamiętaj, co ci powiedziałam… -Dobrze…ale… Kobieta położyła palec na ustach i wyszeptała ze strachem w oczach: -Zobacz kto to… MC wyszła i zobaczyła Billa, cofnęła się i porozglądała po pokoju, nie było kobiety! Bill wszedł, trzymał coś za plecami. -Mary ja…ja chciałem cię przeprosić…nie wiem, o co ci chodziło, ale przepraszam, jeśli coś zrobiłem źle…Ja…- wyciągnął niezdarnie przed siebie rękę z wielkim bukietem róż. MC podeszła do niego. -To ja przepraszam… Bill wypuścił kwiaty, gdy usta Mary dotknęły jego i objął ją…Ważni byli tylko oni. Teraz tylko oni…
Mary Army właśnie nalewała wodę do garnka, a Jack kroił jabłko gdy wpadła Lilka. -Jest tu Brad? -Nie…chyba je…- MA nie zdążyła dokończyć, bo Lilka wybiegła z domu. -Ciekawe, co jej się stało… Jack nie odpowiedział. Mary postawiła garnek i zaczęła obierać pomarańczę. -Co oni wyrabiają?- spytała patrząc przez okno. -Ojej! Mary! -Co?- spytała i popatrzyła na swoją rękę. Była cała czerwona z krwi. -O Jezu! Co… Jack odkręcił kran i delikatnie wsadził jej rękę pod strumień wody. -To tylko małe skaleczenie. Nie widziałaś że się tniesz? -Nie…nawet nie poczułam. Ała! Piecze… Jack wyjął jej dłoń spod kranu i wsadził krwawiący palec Mary do ust… -Mmm…Jack…A nie lepiej wodą utlenioną? Nie odpowiedział, MA po chwili poczuła lekkie drętwienie ale i przyjemne ciepło rozchodzące się po całej dłoni. Chciała go dotknąć, ale właśnie zadzwoniła jego komórka. Odebrał. -Płosze?- MA wyciągnęła swój palec. -Tak słucham? Przepraszam jadłem coś. Tak? To świetnie. Oczywiście że się zgadzam! Do zobaczenia! -Kto to? -Klara…chodź pooglądamy fajny film. Poszli do pokoju nieświadomi tego, że są obserwowani…
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
10
|
|
Wiadomość...
2006-09-22
|
-Cześć. Co to za ważna sprawa że przychodzicie tu OBOJE?- spytała Mary Army. -Daruj sobie.- syknęła matka wodząc wzrokiem po zabałaganionym pokoju. Ojciec nie odzywał się. -Od kiedy wyprowadziłaś się z dom… -Od kiedy mnie wręcz wywaliliście- weszła jej w słowa Mary Army zgodnie z prawdą. W jej rodzinnym domu nie było ani odrobiny miłości, właściwie od kiedy pamięta warczeli na siebie, nigdy nie porozmawiali jak ludzie, nie oglądali nawet razem telewizji, nie jedli razem nie interesowali się sobą, jak trzy obce osoby. MA zaczęła się buntować kiedy poznała atmosferę w domach swoich koleżanek. Nie podobało się to rodzicom. Postawili ją przed decyzją albo przestanie ubierać się jak „debilka i robić z siebie psychola” co oznaczało zerwanie ze stylem punk, imprezami i wolnością, albo miała się wyprowadzić z domu. Nie przypuszczali że MA wybierze to drugie. Ale właściwie było im to na rękę. Matka przez całą noc siedziała u swoich „kolegów” albo w klubach, a ojciec w dzień pracował, jeśli można nazwać pracą siedzenie na dupie i odbieranie telefonów, na noc przyprowadzał swoją Wiolę sekretarkę. MA wprowadziła się do opuszczonego domu, a po niedługim czasie dołączyła do niej jej przyjaciółka Mary Cool, która miała dość nadopiekuńczej, ale nieco egoistycznej mamy. Na razie nie było im źle, dostawały kieszonkowe i zupełnie nieźle sobie radziły. -A więc od kiedy z nami nie mieszkasz…słyszeliśmy wiele niepozytywnych opinii…- ojciec wreszcie przemówił. -I z tego powodu tu jesteście? -Nie…przyszliśmy żeby ci powiedzieć że się rozwodzimy…Wioletka jest w ciąży (matka prychnęła i wyciągnęła paczkę papierosów) i chcemy razem zamieszkać… -Mam nadzieję, że nie w naszym domu…nienawidzę tej dziwki.- matka wypuściła dym nosem. -Nie pal tu!- zwróciła jej uwagę MA.- A co mnie to obchodzi, że się rozwodzicie?! -Niby nic, ale kupiliśmy ci ten dom, papiery są na twoim koncie… -O to ja mam jakieś konto? -Tak, pieniądze będziesz dostawać, chcesz czegoś jeszcze? Zanim MA zdążyła odpowiedzieć do pokoju wszedł Jack. -O cześć. Co ty tu robisz?- spytała się matka MA. MA zatkało, Jacka też. -To…to wy się znacie? Skąd?! -Nie wiesz? Twoja matka spała już chyba ze wszystkimi facetami w okolicy…- głosem pełnym jadu zadrwił ojciec. -Zamknij się skur**! Z nim nie spałam! Jeszcze coś? Bo mam ważne spotkanie… Ojciec nie odpowiedział, wyszedł bez słowa. Matka po chwili też rzucając niedopałek na schodek. MA bliska płaczu popatrzyła na Jacka, który nie bardzo wiedział, co ma zrobić. -Skąd się znacie? To prawda? -Nie wiedziałem że to twoja matka.- wykrztusił w końcu. -Ach…to takie buty… -Nie! Nie spaliśmy ze sobą. Oszalałaś?! Poznaliśmy się na jakimś…zebraniu. -Acha. Rozwodzą się, jakbyś nie wiedział… -Przykro mi… -Nie potrzebnie, mi nie jest przykro, ten dom jest teraz mój, ciekawe co na to MC? -A co wścieknie się? -Możliwe…miałyśmy go kupić razem… -No to co…coś wymyślisz…- podszedł do niej.- Może coś upichcimy? -Dobry pomysł…- MA przypomniała sobie jak z Dantem „pichcili”, zaśmiała się cicho. Poszli do kuchni. Na górze MC łkała cicho. Leżąc na łóżku nawet nie usłyszała jak skrzypnęły drzwi. Ktoś położył jej rękę na ramieniu. Była przerażająco zimna i koścista…ale bardzo delikatna. -Nie martw się…- cichy miękki głos kobiety wypełnił pokój, MC podniosła głowę…….
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
36
|
|
2006-09-18
|
Ale długo mnie nie było…teraz ponarabiam zaległości. Doszłam do wniosku, że jednak wolę wirtualne znajomości, a to dlatego, że znowu ktoś zrobił mi takie świństwo, że…i w dodatku ktoś bliski…to boli...chcę zemsty, no i staję się powoli takim potworem…ech! Jakby mi zabrali duszę i wsadzili jakiegoś krwiożerczego potwora…paranoja i tyle. Jeszcze nie wiem co zrobię, ale pożałuje tego. Dobrze, że z chłopakiem nie mam kłopotów. No dobra, nie przynudzam. Dzięki jak zawsze za komcie, jesteście cool i tyle. Cmoks!!!
Bill niezdarnie próbował dotknąć Mary Cool, ale dostał po łapach. -Mary, kocham cię, błagam cię powiedz co się stało!- albo nie miał niczego na sumieni, albo był dobry w te klocki. Mary Army wygoniła go ruchem głowy. Gdy wyszedł i usłyszały jak zatrzasną drzwi, zeszły na dół. MA przyniosła jakieś zapomniane lody, waniliowe podobno, ale pachniały jak truskawkowe. Postanowiła na razie nie poruszać tematu Billa. -A wiesz…dobre te lody.- MC nie reagowała.- Takie owocowe…no dobra już nie gadam o lodach. A na pewno nie wiesz, że Jack nosi obrączkę. -Ale to jakoś nie przeszkadzało ci w obściskiwaniu się z nim pod prysznicem. -Nie bądź taka! Myślisz, że on ma żonę? -Dlaczego tak się tym przejmujesz? Masz Dantego…ale mężczyźni często zakładają obrączki, bo na to podobno lecą panny… -Taaaak??? -I ty dałaś tego dowód. -Nie! Ja zobaczyłam ją dopiero niedawno. Ale nieważne. Włączę jakąś muzykę. -Nie…nie chcę…albo włącz. MA włożyła płytę Green Day i już po chwili poleciało „Jesus Of Suburbia” -Wyłącz! Smutne to. -No pogięło cię?! Nie wyłączę.- zaprotestowała MA i zaczęła się śmiać. -I z czego się cieszysz? -Keirll zawalił Kacprowi szlaufa i podlewa Jacka, Dantego i dom…i eee…resztę. -I Billa prawda? Dobrze mu tak.- i roześmiała się nieprzyjemnym śmiechem, ale zaraz znowu łzy zakręcił się w jej oczach. MA usiadła koło niej. -Powiesz mi, co się stało? MC potrząsnęła głową, aż zatrzepotały jej kolczyki. -To miało oznaczać tak czy nie? -Nie. I już. -Jak sobie chcesz. I tak się dowiem. Biedactwo. Nie martw się, wyjaśni się to. -Akurat. Kochasz Dantego?- wypaliła nagle. -A bo co?- zdziwiła się MA. -Odpowiedz kochasz go? -Nie wiem…za krótko się znamy. Nie wiem, czuję jakby się odsuną ode mnie. Uwolniłam go z psychola…całowaliśmy się…myślę, że on był tylko zauroczony, a teraz jak już wszystko przemyślał to…nie zależy mu na mnie. Nagle Dante otworzył drzwi. -O wilku mowa… -A co? Nie no wpadłem tylko się zapytać czy idziecie z nami…MC co się stało? -Nic. -Acha. Masz mnie za ślepego debila bez serca. Dobra. Idziecie z nami na wycieczkę niespodziankę? -Nie wiem…MC idziesz? -Nie.- odpowiedziała stanowczo.- Idę się położyć. Chcę zostać sama. Cześć. Kiedy poszła Dani usiadł na kolanach MA. -Co jej się stało? -Ała! Nie sądzisz, że powinno być odwrotnie? -A co? -Nieważne ciężki jesteś…żartuję. Złaź. Dante zszedł, a wtedy MA usiadła na jego kolanach. -Nie wiem, co jej się stało. A gdzie idziecie? Jesteś cały mokry! -Dopiero zauważyłaś? Idziemy…nie wiem gdzie. Ja i Keirll no i wy… -My nie idziemy. Możecie iść, tylko żadnej trawki, dziewczynek i strzelania, a o 22 masz być w łóżku! -Kusząca propozycja. -Nie propozycja tylko rozkaz. O 22:01 masz spać! -Doooobrze mamusiu. -A teraz spadaj. I buzi na pożegnanie. Mokrą dłonią zasłonił jej oczy i palcem wodził po jej ustach. -Mmm jakiś dziwny sposób całowania… -Nie ruszaj ustami, nie będę ci jeździł po zębach. MA położyła się na sofie i pociągnęła go za sobą, zaczęli się całować. -Danoninek do kurwy nędzy gdzie jesteś?!- dobiegł ich głos Keirlla. -Muszę iść. Pa laleczko! -Pa ken!- z udawaną słodyczą odpowiedziała MA. Dante otworzył drzwi i o mało co nie zderzył się z gośćmi… -Eee dzień dobry…to…do widzenia!- wyszedł. MA usiadła i powycierała twarz. -Cześć mamo, cześć tato. Może usiądziecie? -Nie sądzę.- wycedziła kobieta. „Jeb** Lodowa Blond Dziwka” i ojciec widocznie mieli jej coś do powiedzenia……………
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
4
|
|
Nicol..
2006-09-11
|
Dzięki za komcie i cierpliwość;) Znalazłam ‘fotkę’ Mary Army…nareszcie! I Jacka, śliczniutka jest hihi. „Odkryłam” ostatnio boski zespół My Chemical Romance- cudo!!! Dziwne, że nie słuchałam tego od dawna,…co prawda to nie metal, ale też super! No dobra nie rozpisuję się. Wiecie…u nas nie było żadnej akademii ani nic…przecież była piąta rocznica zamachu z 11 września…no nie wiem…może się nie obchodzi…ale…no cóż…To było straszne…jak sobie o tym przypomnę to…Jezuuu…Tylu niewinnych ludzi…No dobra, nie dobijam siebie i was…
Mary Army popatrzyła znacząco na Jacka. -Dobra to ja…eee pójdę sobie… -Ale Jack jest tylko jeden ręcznik… -Nie szkodzi…ubiorę się w brudne ciuchy. Gdy Jack wyszedł, MA usiadła na spłuczce. -Ubrałaś się?- spytał Bill -Nie. -To się ubierz! -W co? -Albo owiń się ręcznikiem czy coś… -Już. Bill powoli otworzył oczy. Powycierał twarz papierowym ręcznikiem i westchnął. -No to Bill…co chciałeś? -No więc…chciałem pogadać o…-pociągnął nosem- Ładnie pachnie… -Brzoskwinia i kiwi, ale nie zmieniaj tematu! Bill znowu westchną. Oparł się o umywalkę, ale ześlizgnęły mu się ręce i uderzył się w szafkę. -Cholera! Dobra MA nie będę owijał w bawełnę… -To dobrze. Zamieniam się w słuch. -Niepokoi mnie to,…że…eee jakby to powiedzieć… -Zależy, o co chodzi? -O ciebie i Dantego i Jacka… -Eee a co wspólnego ma z tym Jack? -MA przestać rżnąć ze mnie debila!!! MA zdusiła śmiech i zrobiła poważną minę. -Nie rżnę… -Cicho! Najpierw posłuchaj mnie. Martwim…martwię się… -Powiedz lepiej od razu, że to Mary Cool cię podpuściła! -Nie. Ona tylko mi powiedziała…-przejechał ręką po twarzy- Czy ty wiesz, co robisz?! Migdaliłaś się z Daniem teraz z Jackiem… -Nie.-przerwała mu spokojnie- Do niczego nie doszło, bo zawsze…no właśnie zawsze ty nam przerywałeś. No dziś MC… -Czy choć raz pomyślałaś co może z tego wyniknąć? -A co może? -Nie mieliście jeszcze w szkole tego tematu? -Mieliśmy, ale co to ma wspóln… -Bardzo dużo. Nie podoba mi się to… -I nie musi! Nie jesteś za mnie odpowiedzialny! Bill niezrażony ciągną dalej. -…że nawet nie myślisz o jakimś zabezpieczeniu…Dante to… -Jeśli chciałeś powiedzieć pedał to proszę! Nie krępuj się! Dostaniesz w pysk! Buzię znaczy, bo on nie jest pedałem!!! -Nie będę wnikał w szczegóły… -To dobrze. -Chcę tylko…a raczej nie chcę żebyś za jakiś czas się dowiedziała, że zostaniesz mamusią a Dani i Jack tatusiami bo raczej… -Zamknij się! W szkole nas uświadomili, więc daruj sobie! Wiem co robię, oni też! To nie twój problem! Nie wpieprzaj się w moje życie! A poza tym, co ty możesz o tym wiedzieć?! MA była już purpurowa ze złości. Bill nagle zbladł. -Mary…proszę cię…zastanów się… MA nie odpowiedziała, udawała, że nie słyszy. -Wiesz, dlaczego tak mi na tym zależy? Nie…ale ci powiem…bo ja kiedyś myślałem tak samo jak ty…jechałem ostro po ludziach, którzy chcieli mi pomóc…po mamie…tacie i całej reszcie która wiedziała… MA podniosła głowę i popatrzyła pytająco. -Nie znasz Nicole…poznaliśmy się na obozie. Mieszka niedaleko…mieszkała. Spotykaliśmy się długo, planowaliśmy wypad do baru, wycieczkę…ale nic więcej, po prostu zauroczeni byliśmy sobą. Była o dwa lata starsza imponowała mi chyba…a ja jej się podobałem…wylądowaliśmy w łóżku…u niej. Miała wyluzowanych starych…nie przeszkadzało im to, moim tak, ale ich nie słuchałem…żyliśmy chwilą. Potem łączyło nas tylko łóżko, gadaliśmy czasami ale to już nie było to. W końcu się okazało…-przerwał. -Ojej- MA trzymała ręce przy ustach. -Okazało się, że będziemy mieć dzidziusia. Nie przeszkadzało jej to, mi w zasadzie też. Ale moi rodzice się wściekli…Zabronili nam się spotykać, ofiarowali się, ze znajdą rodzinę zastępczą dla dziecka i tak dalej, ale my się sprzeciwialiśmy. Ona poznała Roberta…podobno się zakochała i mnie zostawiła. Wyjechała z nim…chciałem się zabić…ale Karla mi pomogła. Potem poznałem MC, to znaczy zobaczyłem…nie myślę już o Nicole, o dziecku. Było minęło…ale nadal mam poczucie winy, dlatego proszę cię…uważaj… MA pokiwała tylko głową. -Kiedy to było? -Wolę nie mówić…dość dawno… „Przecież on był jeszcze dzieckiem…nie miał pewnie 15 lat…o Boże”-pomyślała MA. -Ale… Chciała jeszcze o coś spytać, ale wpadła MC. Płakała…Podbiegła do Billa i potrząsnęła nim zdrowo. -Nie myślałam…Poszłam do Karoliny…tej dziwki…nie wiedziałam, że taki jesteś! Wszystko mi powiedziała!!! NIENAWIDZĘ CIĘ! Myślałeś, że się nie dowiem?! Karolina powiedziała mi wszystko z przyjemnością…NIENAWIDZĘ CIĘ!!! SPIEPRZAJ Z MOJEGO ŻYCIA!!! -Ale MC co się stało?-spytała MA. Nie odpowiedziała, tylko objęła MA i zaniosła się głośnym płaczem…Bill niczego nie rozumiał…
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
17
|
|
Poważna rozmowa...
2006-09-08
|
Mary Army odsunęła się nieco od Jacka. -Ja mam chłopaka. -A ja żonę… MA zatkało. -Że co? -Żartowałem, ale wiesz to, że masz chłopaka wcale nie oznacza, że nie możesz się całować ze mną. -Och serio? A myślałam, że tak właśnie jest. -Chyba mu tego nie powiesz? -Właściwie to nie…dlaczego to zrobiłeś?- wypaliła nagle. -Co? -Dlaczego mnie pocałowałeś? -Myślałem, że tego chcesz, a poza tym ja też miałem na to ochotę. MA trochę się przestraszyła, istotnie miała ochotę sprawdzić jak on całuje. -Może zapomnijmy o całej sprawie- zaproponował Jack- Do następnego razu. Zawsze wożę ze sobą kilka kaset, może coś pooglądamy? MA pokiwała głową i wyszli. Dante siedział zamyślony na kamieniu, a Keirll z diabelską uciechą smarował się błotem, któro nie wiadomo skąd się wzięło… -Keirll ty bałwanie!!! Co ty wyrabiasz?! -Mary nawet nie wiesz jak fajnie jest taplać się w glinie i patrzeć jak ludzie robią wielkie oczy i żebyś słyszała, co oni mówią…-zaśmiał się. Dante ocknął się, popatrzył na Keirlla i popukał się w czoło, tamten się zezłościł. Wziął do garści nieco błotka i rzucił w Dantego. -A masz Danoninku! Dani zerwał się wściekły. -Ty debilu!- zaczął się otrzepywać. MA i Jack śmiali się głośno. Dante też zaczął, potem podszedł do Keirlla i przewrócił go prosto w bajorko. MA podbiegła żeby pomóc Keirllowi i wspólnie umazali całego Daniego. -I co teraz palanty?!- spytała plując błotem, gdy już wszyscy troje wyglądali jak Schwarzenegger w „Terminatorze”. -A teraz- zaczął Keirll- Widzicie? Jack jest czysty… -Nie!- próbował protestować Jack, ale już po chwili umazany obrzucał się razem z nimi. Nadszedł John z jakąś grupą ludzi. -I teraz gdy już wiemy dokąd prowadzi…Boże daj mi cierpliwość! Jack! Czyś ty na głowę upadł?!- wykrzyknął gdy ich zobaczył. -Albo jeszcze niżej- dopowiedział Jack.- A wiesz John…ty jesteś czysty… -Mowy nie ma!- John pobiegł i schował się w domu. -Co za sztywniak…dobra, koniec tego dobrego…idziemy się myć. -Yyyyy…- zaczęli jęczeć. -Nie zachowujcie się jak przedszkolaki! Ludzie wezmą nas za dzikusów. Ociągając się poszli do domu. -Ja pierwsza do łazienki na górze!- krzyknęła MA i pobiegła. -A mi wszystko jedno tfu! Ohydne to błoto! Skąd ta glina John?… -Eee…Keirll nie zadawaj pytań tylko się umyj.
Mary stojąc pod strumieniem ciepłej wody patrzyła jak brudna woda spływa. Akurat była cała w pachnącej pianie, nagle okno się zatrzasnęło, przypomniała sobie, że nie zamknęła drzwi i że pewnie jest przeciąg. Zrobiło się jej zimno. Wściekła wyszła z kabiny i… -Eee Jack? A co ty robisz? -O cholera…-zmieszał się.- Przyniosłem ci ręcznik…eee…sorki… MA wzięła ręcznik i otuliła się nim szczelnie. -Jeszcze raz przepraszam- powiedział i chciał wyjść, ale MA nagle podeszła i objęła go. Nie wiedziała dlaczego to zrobiła…Może, dlatego, że Dante mógł wejść w każdej chwili, albo John…albo Mary Cool, a może dlatego, że potrzebowała nieco czułości, dawno nie przytulała Dantego, a może… -Nie dotykaj mnie jestem brudny…zapaćkam ręcznik- próbował protestować, ale widać było, że bardzo mu się to podoba. Rozebrał się szybko i weszli oboje do kabiny. -Uważaj, nie rozpychaj się! Tu nie ma dużo miejsca! -Najwyżej to rozwalimy…daj trochę wody! -Po co ci? -No bardzo śmieszne… -To się śmiej. -Muszę się umyć przecież! Ty jesteś już czysta! -Ja cię umyję…- powiedziała i nalała na dłoń nieco płynu….Zaczęła od karku, potem zaczęła gładzić jego klatę…jego ręce błądziły po jej plecach. Nagle…oczywiście otworzyły się drzwi…i wpadła Mary Cool… -Nieee cholera!- zaklął Jack. MC podeszła i otworzyła drzwi od kabiny… -Eee cześć…co tu robisz MC?- zaczęła MA- Bo wiesz… Jack nie mówił nic, zmywał błoto z ramienia. -Mary…co ty wyrabiasz…A wpadłam tylko na chwilę, żeby ci powiedzieć że dzisiaj był początek roku szkolnego…No to nie przeszkadzam… Wybiegła. -Uf! Co jej się stało? Nie opieprzyła mnie? To do niej nie podobne…a ona chyba sobie żartuje…początek roku szkolnego? Trzasnęły drzwi. -MARY!!! Co ty tu robisz?!?!- wróciła MC. -Oho, już się nacieszyłam… -Mary! Ty jesteś…ja…brak mi słów… -To nic nie mów- MA wypchnęła ją z łazienki. Potem wróciła do Jacka i znowu nalała na rękę nieco płynu… Znowu ktoś szarpnął klamkę i wszedł. Po chwili usłyszeli głośne ’’łup!” i jeszcze głośniejsze: -O kurwa! Potem ktoś zapukał w szybę od kabiny. MA otworzyła. -Mary Cool prosiłam cię żebyś…- przerwała, bo to nie była MC…tylko… -Bill? Miał mocno zaciśnięte oczy i trzymał się za głowę. -Acha, ała…moja głowa… -Co chcesz? Bill wyciągnął ręce przed siebie i jak lunatyk podszedł do umywalki i wsadził głowę pod kran. -Ale Bill dlaczego tak zaciskasz oczy? Uderzyłeś się w nie? -Nie…tylko nie chcę oglądać was nago…ała…zimna… -To czego chcesz? -Posłuchaj…musimy poważnie porozmawiać Mary…to ważne…
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
11
|
|
I znowu buda...
2006-09-04
|
Miałam kłopoty z wejściem na bloga, okazało się, że nie istnieje…paranoja, ale go znalazłam uf! W szkole nie było źle…co ja pieprzę! Ja się zabiję! Nienawidzę szkoły!!! Oby do wakacji…Dzięki, za komcie itd.…Dawno nie było dedykacji, bo zapomniałam…teraz jest z dedykacją dla wszystkich komentujących. Cmoks!
W tym czasie Mary Cool i Bill siedzieli nad strumyczkiem, niedaleko domu Billa. Przyniósł koc i koszyk z jedzeniem. Właśnie jedli paluszka z sezamem jak Tramp i Lady spaghetti, gdy usłyszeli czyjeś kroki. -Cześć!- MC poznała ten głos. -Brad? -Nooo… -Spadaj stąd!- Bill był wkurzony. -Och koffany braciszku…Nie bardzo mogę, bo czekam na swoją laskę…to raczej ty stąd spadaj! -Nie widzę tabliczki, że to twoja własność. Brad wzruszył ramionami. -Skoro chcecie możecie zostać, ale chyba wam nie przeszkadza, to, że mamy zamiar się bzykać… -Chodź stąd Bill. -Mary nie wygłupiaj się, on tylko się zgrywa. Myślisz, że on wie, co do czego?- zadrwił Bill. Brad nie mrugnął okiem, podszedł bliżej i wysyczał: -Wiem tatusiu, wiem też, co jest potrzebne, żeby nie było niepotrzebnego kłopotu, a ty chyba raczej nie… -Dosyć!- przerwał mu Bill. –Mary kochanie masz rację- Idziemy stąd! MC wstała bez słowa. Nagle Brad odwrócił się i podszedł do… -Lilka?- MC była zaskoczona.- Co ty tu robisz? -To samo, co ty! Przeszkadza ci to? -A a Hubert? Zerwałaś z nim? Nie odpowiedziała, pocałowała Brada w policzek. Bill wziął Mary bez słowa za rękę, zabrał koszyk i poszli do niego do domu, zostawiając ich samych, leżących już na trawie i całujących się. W domu nie było nikogo, poszli do pokoju Billa, na strych… -Kim jest Lilka? -To nasza koleżanka, jest a raczej chyba była z Hubertem od dawna, kochają się, chcieli nawet wziąć ślub… Chłopak pokręcił głową z niedowierzaniem. Mary coś sobie przypomniała: -A ty…o co chodziło Bradowi, bo nie zrozumiałam. Dlaczego tatusiu? -Chcesz pić?- poszedł do kuchni. Po chwili przyniósł dwie coca-cole. -Tylko to było… -Wiesz, martwię się o Mary Army.- MC zmieniła temat.- Ona nie zna dobrze Dantego, a wiesz, że jak wróciliśmy wtedy to…oni… -Byli za to wściekli, w aucie pewnie też- roześmiał się. -Ona ma dopiero 16 lat! -Ty też… -Ale my tylko się całowaliśmy- zmieszała się. Bill uśmiechnął się. -Bo ci przerwałem… -Dlaczego?! -Bo masz dopiero 16 lat. I ja nie mogę. -Dziwny jesteś, staroświecki, chociaż to pewnie, dlatego jestem z tobą. Nie pozwolisz mnie skrzywdzić prawda? Przytuliła się do niego. -Nigdy. Żeby nie wiem jak oni się nabijali nie zostawię cię… Zaczęli się całować przerwał im dzwonek do drzwi. -Kto to może być?- zdziwił się Bill- Rodzice wrócą wieczorem. Poczekaj pójdę otworzyć. MC została sama, po chwili usłyszała krzyk Billa. -Co się stało? Bill? Pobiegła do korytarza. -Mary…właśnie się dowiedziałem…to jakaś paranoja! Mary my zapomnieliśmy, że dziś było rozpoczęcie roku szkolnego!!! Karolina przyszła się spytać, dlaczego nie byłem… -O cholera…zapomnieliśmy o szkole…ja pierniczę! Bill stał z opuszczonymi rękami, Mary westchnęła. -Ciekawe czy Mary Army o tym wie…hihi!!!
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
6
|
|
Szczoteczka do zębów...
2006-09-01
|
Dziś 1 września, a ja siedzę w domku buhahahaha! Wiem wy też…Fajnie prawda? Tylko tak dziwnie, trudno zmienić stare przyzwyczajenia…Dziś krótka notka…może. Dzięki za odwiedzinki i komcie!!! Jesteście super. Całuski 4all!!!
Keirll uśmiechnął się niewinie. -No wiecie…ja nie wiem co on lubi, więc kupię mu to co lubi większość. -Przyjaciółkę czy Naj? A może Bravo? Albo Dziewczynę?- spytała Mary Army. -Mary nie wygłupiaj się! Wiesz, o co mi chodzi…- po czym ze skupieniem zaczął wybierać gazety pokroju Playboy czy CKM… -On nas zabije. -Nie, bo nie powiedział, co chce. Gdy dno wózka było zapełnione, poszli dalej, MA skrzyżowała ręce na znak protestu, Dante tylko chichotał. Keirll po zaopatrzeniu wózka we wszystkie gatunki prezerwatyw, włożył papierosy i piwo, potem jakiś soczek, potem wyczerpały mu się pomysły. Dante nadal chichotał, kilkanaście kroków przed kasą zaczęła się śmiać MA, -O Mary, już nie jesteś obrażona? -Nie…bo…mam takie pytanie. Skoro Jack powiedział, że nam odda kasę, to oznacza, że mamy sami zapłacić…a macie coś? -O, kutwa!!! Nie! Keirll przejechał ręką po włosach i wściekły zaczął odkładać zakupy na półki, a Dante nie mógł utrzymać się na nogach ze śmiechu. Po dłuuuugiej chwili wyszli ze sklepu ze szczoteczką do zębów, bo MA miała tylko kilka groszy w kieszeni. Keirll stracił dobry humor. -Nie martw się, jeszcze coś mu kupisz…- pocieszała go MA.
Zza domu dobiegały ich głosy. -Zobaczcie, kto tam jest, a ja idę do domu. Dante trzepnął lekko Keirlla i zawołał „berek”, na co MA popukała się w czoło. Keirll pogonił za Danim, chwilę potem leżeli w trawie naciągając się za uszy. -Jak dzieci, jak dzieci- westchnęła MA i weszła do domu. Na sofie siedział Jack. -I? -Co i?- nie zrozumiała MA -Co takiego mi kupiliście? -Eee…ekhm…no, więc…-wydukała i pokazała mu szczoteczkę. Jack zaśmiał się, odstawił puszkę z napojem i popatrzył na nią uważnie. -A wiesz…U nas jest tak, że jak kobieta kupi mężczyźnie szczoteczkę, to oznacza, że chce żeby został na noc…u niej… -A u nas jest tak, że jak kobieta kupi facetowi szczoteczkę, to oznacza, że chce żeby umył zęby- wypaliła Mary. Jack zaczął się śmiać, pokazując nienagannie białe zęby. Potem wstał i podszedł do niej… Odgarnął jej niesforny kosmyk z czoła, MA zamrugała rzęsami. A potem jak to widziała na tych głupich filmach, zbliżyli swoje usta…coś powstrzymywało MA przed pocałunkiem, ale on był tak blisko…widziała śmiejącego się chochlika w jego oczach, maleńką bliznę nad brwią i jego usta…Były duże i patrząc na nie miało się ochotę przytulić swoje do nich… Mary nie była wyjątkiem…W chwili, gdy jego usta dotknęły jej, poczuła ogień, zrobiło jej się przyjemnie gorąco, nie mogła, nie miała tyle silnej woli żeby to przerwać…odwzajemniła pocałunek…………………………………………………………………………………..
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
13
|
|
Mały wyścig
2006-08-31
|
-Cześć!- Jack wszedł do pokoju. Rzeczywiście miał glany. Był wysokim blondynem, z kilkudniowym zarostem, dość wysoki, pasował do jakiejś bezludnej wyspy i przygód, a nie do tego domu. Popatrzył na nich bez większego zainteresowania. W końcu odezwał się: -Zaraz przyjdzie reszta, a wy gdybyście mogli iść na jakiś spacer czy coś to byłbym wam bardzo wdzięczny. Wyszli bez słowa, na dole Keirll oglądał Bravo. -A wiecie, że Bill z th ma francuski manikiur? A Bartek Wrona był w zespole Just5?!? -Jezuuu Keirll, czy ty nie masz ciekawszego zajęcia? -Mam,…ale Bill Kaulitz jest taki słodki… -Chodź! Musimy iść na spacer… -Ale Bravo zabiorę ze sobą. -To stary numer jeszcze, zostaw, jak wrócimy dam ci nowy numer, a teraz chodź! Mary Cool i Bill szli pierwsi za rękę, a Mary Army, Dani i Keirll we trójkę nabijając się z nich. -Wiesz Mary…krótko się znamy- zaczął Bill- ale ja doszedłem do wniosku, że jesteś mi przeznaczona, to może głupio zabrzmi, ale cię kocham…bo- urwał i obejrzał się na resztę, która dusiła się ze śmiechu. MC zatrzymała się i pozwoliła im ich wyprzedzić a potem pocałowała Billa. -Blee- skrzywiła się MA- A tak przy okazji Killerku za co siedziałeś? -A wiesz… zapomniałem… -No tak…a ty Dani…jesteś mi dość bliski, a nie wiem o tobie prawie nic. -Nie znam swojej mamy, a ojciec to nadziany kretyn ma kasę zamiast mózgu, byłem kochanym synalkiem dopóki nie przyłapał mnie i Keirlla ale to już wiesz. Wiem, że siedzę wam na głowie, dlatego wyprowadzę się, mam już coś na oku. -Nie! Nie puszczę cię! -Ale ja nie mogę… -To duży dom i nie nasz, więc możemy tam mieszkać wszyscy…oprócz Billa.. -Dlaczego go tak nie lubisz? -Nie wiem…wkurza mnie…ale gdybym z nim pogadała to może, ale on jest dziwny. -A ja jestem jego bratem, czy też jestem dziwny? -Nie, ty jesteś ok. Nudzi mi się. -Wracamy? -Acha. Mary!!! My wracamy! MC była bardzo z tego zadowolona. -Acha…eee szkoda, a my pójdziemy…dalej. Cześć! -Cześć! Co za… Wrócili we trójkę, przed domem stał Jack, próbował zapalić papierosa. -To wy? -No tak. Tak mi się przynajmniej wydaje… -Mary przestań, zapalić? -Nie! Ja nie palę! Dante popatrzył się na niego podejrzliwie. -Mam prośbę…idźcie do jakiegoś sklepu i kupcie mi…no nie wiem kupcie mi wszystko jedno, co. Tylko idźcie, potem wam oddam kasę. Idźcie!!! Rzucił papierosa i wrócił do domu. Keirll uśmiechnął się diabelsko. -No to idziemy, lubię robić zakupy… Pojechali do miasteczka, do samoobsługowego. Weszli. -Mam pomysł…tylko potrzeba jeszcze jednej osoby… -Nie Keirll nawet o tym nie myśl!!! -Dlaczego? Hej ty! Tak ty w tej gejowskiej czapeczce! -Keirll!!! -No co? Ej no nie obrażaj się! Widzieliście go? Poszedł…Ej ty! Laska! Chuda, wymalowana dziewczyna podeszła do nich. -Chciałeś czegoś kotku? Dani zachichotał. Keirll nawet nie mrugnął -Słuchaj misiaczku…brakuje nam jednej osoby…bawisz się z nami? -Jasne!- Keirll podobał się jej… -To wskakuj do wózka, Mary ty będziesz z Danoninkiem, oki? -Nie nazywaj mnie tak!- warknął Dante i pomógł wejść MA do koszyka, laska była zaskoczona, ale próbowała robić dobrą minę do złej gry. -To jak? -Od wejścia…wokół wszystkich półek i z powrotem… -No to…trzy cztery…start! Laska zaczęła piszczeć, a MA pomyślała że Dani lepiej prowadzi auto…Potrącili już kilka osób i rozburzyli piramidę puszek z kukurydzą, Keirll wjechał już trzy razy w tę samą babkę i dwa razy wywalił laskę z wózka…Laska w końcu wkurzona gdy kolejny raz się wywalili, kazała mu wsiadać do wózka, prowadziła nienajgorzej…wywalili się tylko pięć razy… Na „mecie” byli równocześnie. MA miała rozciętą wargę, Dante guza, Keirll podarte spodnie a laska nie miała już makijażu. -No to, kiedy dogrywka? Macie mój numer telefonu i zadzwońcie jak będziecie mieli ochotę. Podała im kartkę i odeszła. -Buhahaha co za głupek, w życiu nie zadzwonie.. -Powinieneś być jej wdzięczny, że cię nie zabiła…idziemy, Jack nie będzie czekał w nieskończoność. -Dobra!- Keirll podszedł do jednej półki. Mary zrobiła niedowierzającą minę. -Nie…Keirll…nie zrobisz tego… -Zrobię, Danoninek, podaj wózek… -Nie nazywaj mnie tak!!!- warknął Dante i podsunął mu wózek.
|
|
Tu możesz napisać to co chcesz powiedzieć:
6
|
|